piątek, 29 listopada 2013

Nie pierwszy i nie ostatni.

Zaczęło się.
Coś czuję, że będzie guz na guzie na tej mojej małej, łozbuzerskiej głowie.
Ja zejdę na zawał trzysta trzydzieści trzy tysiące razy w międzyczasie. Albo kask mu kupię i w klatce zamknę.

Zapatrzył się, zapomniał, że siedzi, a nie leży... no i się położył, za szybko trochę.
Bo źle wymierzył, usiąść chciał, zapomniał, że ściana za nim... i bęc.
Bo rozpędził się z bujaniem, uderzył brodą w podłogę.
Skacząc w łóżeczku nosem przywalił w szczebelki.
Zabawką sobie w łeb przyrżnął.
Z wózka wypadł.

czwartek, 28 listopada 2013

33 333

Dzię-ku-je!!
Trzydzieści trzy tysiące trzysta trzydzieści trzy, WOW!


Fajnie, że jesteście, że wchodzicie, czytacie, piszecie. Dzięki!

poniedziałek, 25 listopada 2013

ogarnęło mnie

Od kąd jestem mamą, a w zasadzie od kąd zaszłam w ciąże, wzruszam się ciągle.
Zaczęło się od pozytywnego testu. Pierwsze usg wzruszylo mnie bardzo, ale każde kolejne nie było gorsze. Łaskotki w brzuchu i porządne kopniaki. Reklamy w telewizji. Zakupy. Słowa męża.
Spoko, hormony.
Poród. Pierwszy płacz. Przytulenie. Powrót do domu. Ryczałam jak głupia.
Pierwszy pierd. Pierwsza kupa. Pierwszy sik na odległość.
Pierwsza kąpiel. Utrata kituta pępowiny. Pierwszy uśmiech. Pierwsze trafienie zabawką do buzi. Pierdylion pierwszych razów.

Ale, żeby mnie kurna padający śnieg wzruszał?!
I nie dlatego, że śniegiem jest. Nie dlatego, że zimę wielbię.
Dlatego, ponieważ, albowiem, mój syn pierwszy raz zobaczy śnieg!

Jestę wariatę!

I skill nowościowy, kosi-kosi Oluszko całkiem sam robi, chyba nie muszę pisać jak się wzruszyłam? ;P


EDIT:
25.11.2013 - JEST! Lewa, dolna jedyneczka. Helloo! :)))

środa, 20 listopada 2013

Osiem

8 miesięcy temu, to też była środa :) 

tak w liczbach:
-waga 9400g;
-ciuchy 74/80;
-pieluchy rozm. 4;
-zębów 0

Z nowości:
-siada sam;
-stoi na kolankach, podciąga się za wszystko;
-gaworzy;
-wyciąga do nas rączki, to jest przesłodkie :) 

Raczkowanie ciągle mu nie idzie, choć już jedna ręka wędruje prawidłowo do przodu, druga stoi w miejscu.
Uwielbia zabawę w "akuku!", sam się chowa, nakłada sobie pieluchę/kocyk/cokolwiek na głowę.


poniedziałek, 18 listopada 2013

MAM Bite & Relax Phase 2

Dziś będzie o gryzaku. Gryzak MAM Bite & Relax Phase 2 jak pisze producent, został zaprojektowany specjalnie dla dzieciaków w drugiej fazie ząbkowania, przeznaczony do zębów trzonowych. 

Gryzak dostajemy oczywiście w opakowaniu do przechowywania i sterylizacji (tak jak smoczek o którym pisałam TU). Jak wszystkie produkty firmy MAM nie zawiera BPA.




Wykonany z 2 rodzajów materiałów. Nie za twardy, nie za miękki. Dla urozmaicenia posiada 4 różne struktury powierzchni. Przyjemniaczek ;) 


Można do niego przypiąć najzwyklejszy łańcuszek do smoczka, nie jest to co prawda zbyt wygodne, ale dać się da.

Jak się gryzak sprawdza u nas? Na początku był mega bunt. Młody myślał, że gryzak to smoczek, próbował go ssać po czym wściekły wypluwał i chyba się zniechęcił. Czasami go podgryza, ale szału nie ma.

Zdecydowanie bardziej sprawdza się jako zabawka do małych rączek. Przekładanie z jednej do drugiej, rzucanie, miętolenie. Kształt i wielkość jest idealna.
A u nas sytuacje są różne.. takie (klik) na przykład. Pomyślicie, co ma z tym wspólnego gryzak? Ano za sprawą tego małego przyjemniaczka ciuchy są uratowane. Moje i dziecia. Przy przewijaniu daję go Olkowi do zabawy. Krzywdy sobie nim nie zrobi, nie obsypie się nim tak jak pudrem do pupy, nie dźgnie sobie w policzek jak opakowaniem po kremie, nie włoży sobie za głęboko w gardło.
A rączki zajmuje i nie wędrują tam, gdzie w tym czasie wędrować nie powinny.

piątek, 15 listopada 2013

Z placu boju.

Walczymy dalej.
Przyszłam tylko donieść, że Pulneo to syf.
W akcie desperacji chwyciłam za 'herbatkę' rumiankową. Wiecie, glukoza i 3,2% wyciągu z rumianku.
Normalnie łyżeczkę granulek rozpuszcza się w 100ml wody, ja rozpuściłam łyżeczkę 'herbatki' w odrobinie wody.
...
12 kropli Pulneo, myślę, zje i będzie chciał więcej.
...
Się nie udało.
Te krople to jakiś koszmar.

Olek ma odruch wymiotny po przyłożeniu łyżeczki do ust.

czwartek, 14 listopada 2013

Nie ma nudy!

Mimo uziemienia w domu, Misie wcale się nie nudzą!





środa, 13 listopada 2013

9400* / o niedobrym

Dlaczego te cholerne leki musza być takie niedobre?
Mój syn był do dzisiejszego poranka nazywany przez nas lekomanem. Zjadł wszystko co mu się podało. Jak widział strzykawkę to aż się trząsł z radości, a krople zlizywał ze smakiem z łyżeczki.
Ale bęc. Dzidziuś zachorował (w przychodni ma-sa-kra!).W Małym ciałku już coś zaczynało grać, gardło się zaczerwieniło, katar coraz większy, kaszel jak u starego gruźlika.
I jest antybiotyk, krople też są. Krople tak paskudne, że Olek jak tylko widzi, że zbliżam się z łyżeczką to zaciska usta. Wczoraj jeszcze nieświadomy smaku pięknie otworzył buzię, a dziś... nie chciał zjeść śniadania, myślał chyba, że znów to paskudztwo w niego wcisnę (musiałam, niestety, ale nie przy śniadaniu).
I myślę, co by mu dodać, żeby trochę zabić gorzki smak? Są serio, serio mega ohydne, taką matką jestem, że zawsze muszę wszystko sprawdzić. Jakby był starszy, to bym sposobem na nutellę podziałała, ale tu odpada :P

Cud, że humor dziecko ma wyśmienity.


*waga ciężka ;)


EDIT: pędzę donieść, że zmieszanie kropli z musem owocowym nic nie dało. Tzn. dało... gorzki mus ;p

piątek, 8 listopada 2013

skill

Jeny, ten mój syn ostatnio zasuwa z nowościami, że hej!
Raczkowanie stoi w miejscu, tzn, buja się w miejscu.

Ale..
Wykąpanego, pachnącego, najedzonego odłożyłam do łóżeczka, smok w paszczę, miś w rękę. Sama zasiadłam przed komputerem. Minęło minut 5, może 10, słyszę, że coś szeleści. Mówię synu, śpi się teraz, a nie łóżeczko zwiedza, nie czas na zabawę. Patrzę, a on SIEDZI i miętosi w rękach opakowanie po chusteczkach.
Dobrze, że mąż jakiś czas temu łóżeczko obniżył, bo z siedzenia Olek podciąga się na kolanka i robi radośnie hopsa hopsa. 


Mój mały duży miś.

Szpital domowy

Pełną parą!
Olkowa trzydniówka poszła precz, to zachorowała matka. Osłabienie totalne, gorączki brak, ale ból gardła taki, że Olek za dużo ze mną nie pogadał. Jak w końcu gardło puściło, to katar, gile po pas. Nos zatkany, spać się nie da. Byle tylko młodego nie złapało, bo się pochlastam, lekarka na urlopie, a tu jeszcze długi weekend.
No i chyba sobie w myślach wykrakałam. Młody z gilem i kaszle.
Wczoraj męża wysłałam do apteki z listą i oczywiście musiałam sama się wrócić, bo chłop nie spojrzy, bo nie zna się, bo coś_tam, a farmaceutka za mocne krople do nosa dała.
Oczywiście szanowny_pan_mąż nie słyszy u dziecia żadnego kataru, przesadzam, bo go chcę lekami nafaszerować. durna matka. Jak on ma słyszeć, jak 'zajmuje się' dzieciem 1,5h w ciągu dnia, bo cholera zgodził się robić pieprzone nadgodziny. I się dziwi, że jak Młody tylko widzi mnie ubraną do wyjścia, to alarm włącza, syrena wyje. No ale ja nie o tym.
No więc przyplątało się, nic, żyć trzeba. Ale walczymy. Disnemar, frida, nasivin, depulol i jeszcze mu tran przywalę, a co mu będę żałować, jak faszerować to na całego.

Tyle. Dziękuję za uwagę.
Niech już wtorek będzie.

wtorek, 5 listopada 2013

Baju baj!

W piątek wieczorem Olek był marudny. Zaczął być marudny już u teściów, ale mówimy - zmęczony, tym bardziej, że udało mu się zaliczyć tylko 25 minut drzemki, gdzie normalnie najpewniej byłaby to godzina lub dwie.
W nocy spał wyjątkowo dobrze, ale inaczej. Tulił się jak szalony, najchętniej to by na mnie wlazł. Czułam, że temperatura rośnie. Nad ranem potrzebna była interwencja, "Halo, halo. -Tak, jest pan potrzebny, tu i teraz" zjawił się wyjątkowo szybko, "działaj Pan, syropie" . I tak cały weekend, od 38 do 39,5 stopni, tragedii nie było, ale gorączkowe samopoczucie Olek chyba po tacie odziedziczył. Mężu umiera przy 37. Poza temperaturą wyższą brak innych objawów. Na szczęście Pan syrop świetnie sobie radził, gorączkę zbijał na godzin sześć.
Wczoraj rano jeszcze był lekki stan podgorączkowy, popołudniu dzidziuś jak nowy. Hę?

Wszystko wyjaśniło się dziś rano... *Tam ta da daaammm* witamy Panią wysypkę!

Baju baj trzydniówko! Byłaś pierwszą podejrzaną.

piątek, 1 listopada 2013

pierwszyjedenasty.

Boszz, co za dzień. Od rana w biegu. Mąż ciągle poganiał, że zbierać się mam, dziecku śniadanie, ubierać, maluj się raz dwa, raz dwa. Bieg na cmentarze, bo w tygodniu mężu czasu nie ma, zapracowany bidulek. W weekend ja do szkoły (w Zaduszki kurna, kto wymyślał ten plan?!).
Dziwnie tak bez dziecia pod pachą, ale chyba nie tego tłumu nie wytrzymał, a nam by ręce odpadły od noszenia. Najpierw więc u babci został jednej, później u drugiej. My biegiem przez zatłoczone alejki, w tle dyskusje, bo tamta taka, ten ją zdradził, rozwody, śluby, krzyki, piski, dzieci biegające. Balony(!), cukierki, odpust pełną parą. Futra, norki, tapiry, szpileczki, leginsy, spódniczki ledwo zasłaniające celulitowe poślady.
Uśmieszki, żarciki, dowcipy, zabawa, fun, impreza.

A mi smutno. Od 15 lat we Wszystkich Świętych odwiedzam tatę na cmentarzu. A w zasadzie już do 16 bliżej.
A smutniej, bo teraz jest Olek. I nigdy się nie poznają.

Hejo, Listopadzie!